t-34

"Dobra zmiana" PiS

  • 21.04.2018 - 22:54
    Sędzia, który uniewinnił działaczy KOD, ma postawione zarzuty dyscyplinarne. "To szykany"

    Sędzia Dominik Czeszkiewicz w styczniu ubiegłego roku uniewinnił w I instancji działaczy KOD, którzy zakłócili uroczystość otwarcia wystawy przez ówczesną kandydatkę PiS na senatora Annę Marię Anders. Teraz dowiedział się, że ma postawione zarzuty i czeka go postępowanie dyscyplinarne. Sprawę opisał portal Onet.

    W marcu 2016 roku działacze KOD zakłócili otwarcie wystawy "Armia Skazańców" w którym wzięła udział córka generała Władysława Andersa. Tak dla uroczystości muzealnych, nie dla wieców w tym miejscu. To nie jest miejsce na wiec wyborczy! To jest bezprawie! – krzyczeli działacze Komitetu Obrony Demokracji, którzy w marcu tego roku zakłócili uroczyste otwarcie wystawy "Armia Skazańców", poświęconej armii gen. Władysława Andersa.

    Sprawą zajął się Sąd Okręgowy w Suwałkach. Sędzia Dominik Czeszkiewicz wydał wyrok uniewinniający członków Komitetu, co część polityków PiS bardzo oburzyło. Krótko potem nowym prezesem Sądu Okręgowego w Suwałkach, któremu podlega "rejon" został sędzia Jacek Sowul, wyznaczony przez Zbigniewa Ziobrę. Sędzia Sowul w kwietniu 2017 roku uchylił wyrok uniewinniający działaczy KOD i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia – podaje Onet.pl.

    Teraz sędzia Czeszkiewicz dowiaduje się, że postawiono mu dwa zarzuty dyscyplinarne. – Jeden z nich dotyczy wyznaczenia rzekomo rażąco późnego terminu przesłuchania małoletniej dziewczynki, choć na prośbę przewodniczącego została ona przesłuchana już następnego dnia - mówi Czeszkiewicz. Co do drugiego zarzutu, to wyciągnięto moje orzeczenia sprzed czterech lat, o których sam już niemal zapomniałem i ustalono, że część z nich została uchylona. Postawiono mi więc zarzuty, że się nie dokształcam. Powiem szczerze, ja to oceniam jednoznacznie, ktoś chce zrobić jakąś pokazówkę, żeby reszta orzekała po myśli wiadomo kogo – opisuje sędzia.

    Dominik Czeszkiewicz ocenia całą sytuacje jako "szykany" związane ze sprawą uniewinnienia działaczy KOD, które "nie spodobało się władzy": –Po wydaniu tamtego wyroku w sprawie działaczy KOD po prostu zamknąłem akta. Absolutnie nie spodziewałem się tego, co się teraz dzieje. A teraz, powiem szczerze, czuję lekkie podenerwowanie. Bo gdybym miał się z kimś, mówiąc metaforycznie, bić, to mógłbym, ale z równym. A tak - nie wiem, z której strony dostanę.
  • 08.04.2018 - 21:45
    WKibic napisał/a:
    Tam muszą dawać, bo silne PO. Nasze kmiotki zawsze na nich zagłosują. A tak na marginesie. Widzę, że bono z totalną opozycją został sam. Krówki, walkery przeżuwają nagrody lub delektują się synekurami, chlipiąc rosół. Niczym była Premier o zapachu rosołu. Perspektywa rosołu. A Bono o Chinach.
    Może zmądrzeli, przejrzeli na oczy i trochę im wstyd.............
  • 04.04.2018 - 23:04
    Cimoszewicz: Szydło krzyczała na 70 proc. Polaków

    - Beata Szydło nie była ani mądrzejsza, ani lepsza od Mateusza Morawieckiego. Ale nie próbowała mówić po angielsku - ironizował w TVN24 były premier Włodzimierz Cimoszewicz oceniając byłą szefową rządu i porównując ją do obecnego premiera.

    Cimoszewicz pytany o to, czy Mateusz Morawiecki poprawił wizerunek polski za granicą, ocenił, że dla zagranicy Morawiecki jest "panem zero".

    Powód? Były premier wypomniał Morawieckiemu słowa o tym, że obecny szef rządu marzy o "rechrystianizacji Europy", a także wypowiedź w czasie konferencji bezpieczeństwa w Monachium, w czasie której szef rządu stwierdził, że w czasie II wojny światowej byli "żydowscy sprawcy holokaustu". Zdaniem Cimoszewicza premier "przekreślił się" również składając kwiaty pod pomnikiem upamiętniającym żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej (były premier stwierdził, że była to "jedyna wojskowa polska formacja kolaborująca z nazistami").

    Według Cimoszewicza Morawiecki mógł "rozładowywać napięcia wywołane przez jego własną formację polityczną, gdy chodzi o metody sprawowania władzy" oraz "występować z pozycji człowieka znającego się na gospodarce", ale wypowiedziami, takimi jak powyższe, zmarnował tę szansę.

    Były premier skrytykował też Beatę Szydło za jej słowa z mównicy sejmowej w obronie wysokich nagród przyznawanych przez nią członkom rządu (w 2017 roku ministrowie otrzymywali, w skali roku, po kilkadziesiąt tysięcy złotych tytułem nagród). Szydło, odpowiadając na krytykę opozycji, stwierdziła, że te nagrody się ministrom "po prostu należały".

    - Beata Szydło powinna zdawać sobie sprawę z tego, że w tym momencie krzyczała na pewnie jakieś 70 procent Polaków - zauważył Cimoszewicz nawiązując do sondaży wskazujących, że zdecydowana większość Polaków jest przeciwna wysokim nagrodom wypłaconym członkom rządu. Z opiniami tymi zgadza się Cimoszewicz, który stwierdził, że ministrowie rządu PiS nie zasłużyli na tak wysokie nagrody.

    - Ogromna większość tych ludzi nie zasłużyła na żadne nagrody - podkreślił były premier.
  • 11.03.2018 - 17:48
    Jarosław Sellin: Politycy żyją skromnie

    "Jak ktoś się decyduje na aktywność polityczną i odnosi w tej aktywności sukcesy, to musi się nastawić na życie na przyzwoitym poziomie pod względem materialnym, ale skromne" - powiedział w radiu Zet wiceminister kultury Jarosław Sellin.

    Jak wygląda skromne życie według Jarosława Sellina?

    Według oświadczenia majątkowego za 2016 rok, Jarosław Sellin zarabia ponad 16 tys. złotych miesięcznie, posiada dwie toyoty, 270-metrowy dom o wartości 1,2 mln złotych i 67-metrowe mieszkanie.

    Sellin podkreśla, że nie narzeka na swoje skromne zarobki i równie skromny poziom życia.

    "Ja uważam, że jak ktoś się decyduje na aktywność polityczną i odnosi w tej aktywności sukcesy, czyli zdobywa jakąś pozycję polityczną, to musi się nastawić na życie na przyzwoitym poziomie pod względem materialnym, ale skromne. (...) Uważam, że tak powinno być w kraju na dorobku, bo ciągle takim krajem jesteśmy, żeby też nie drażnić opinii publicznej. Więc ja nie narzekam, jeśli chodzi o zarobki" - podkreślił Sellin.

    To nie pierwsza wypowiedź świadcząca o tym, że życie polityków obozu rządzącego jest pełne poświęceń.

    Jarosław Gowin oświadczył, że w czasach gdy był ministrem w rządzie PO-PSL, a premier nie przyznawał premii, "nie starczało mu do pierwszego". Później Adam Bielan przyznał, że "gdyby żona nie zarabiała, to przy dwójce dzieci byłoby już gorzej w Warszawie, bo koszty życia w stolicy są nieporównywalnie większe niż w innych miastach".


    Czytaj więcej na http://dzikikraj.interia.pl/mowatrawa/news-jaroslaw-sellin-politycy-zyja-skromnie,nId,2555716#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
  • 10.03.2018 - 1:20
    No i jakaś tam niewielka afera z kaską PCK z Zalewską w tle, zapowiedź podwyżki paliwa, afera z Żydami i takie tam......
    Ciekawe co tam u Arabów w Janowie ?? Stadnina kwitnie pod prawym i sprawiedliwym zarządem ???

    A jak się ma nowa KRS wybrana z 18 najlepszych kandydatów pod słońcem ???

    Normalnie same dobre zmiany, a te zasłużone nagrody, miodzio po prostu !!!!

    W końcu Polska wstała z kolan (szkoda tylko, że się zatoczyła i pi......nęła głową w parapet ..........)

    No ale jutro w końcu RAPORT KOMISJII !!!! Warto było wydać tyle kasy żeby się dowiedzieć o ...... (no własnie o czym ????????)
  • 28.02.2018 - 23:12
    Minister powie, na co ma zbierać WOŚP? Orkiestra grzmi o "uderzeniu w niezależność"

    Politycy przygotowują prawo, które może być użyte do tego, by Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy próbować zatrzymać. By uderzyć w jej niezależność, przede wszystkim finansową, by starać się podporządkować sobie jej liderów, by stała się ona posłuszna wobec władzy - w taki sposób fundacja Jurka Owsiaka ostrzega przed zmianami w przepisach, które szykuje MSWiA. Przedstawiciele resortu przekonują: nie chcemy ograniczać niczyjej działalności.

    Chodzi o przygotowaną w resorcie nowelizację ustawy o zbiórkach publicznych, która niepokoi organizacje pozarządowe. Na tyle, że już wyszły z apelem do resortu spraw wewnętrznych o niezmienianie obecnych przepisów. Pod petycją podpisało się 28 organizacji - m.in. Sieć Obywatelska Watchdog Polska, WWF Polska, Fundacja TVN "Nie jesteś sam", Fundacja Orange, Helińska Fundacja Praw Człowieka, Amnesty International czy Fundacja Panoptykon.

    Niedawno jako pierwsi na łamach DGP ujawniliśmy, że nowelizacja przewiduje rozwiązanie, by minister spraw wewnętrznych mógł zablokować zbiórkę, jeśli będzie ona niezgodna z "zasadami współżycia społecznego" lub naruszała "ważny interes publiczny". W takiej sytuacji minister wykreśli daną zbiórkę z rządowego portalu zbiórek publicznych w drodze decyzji administracyjnej. Jak przewiduje projekt opublikowany na stronach MSWiA, organizator takiej zrzutki będzie miał prawo - w ciągu trzech dni od czasu doręczenia mu decyzji ministra - wskazać inny cel, na który mają być zebrane ofiary. W kolejnym kroku to już minister będzie miał trzy dni, by ocenić nowy cel zbiórki i wnieść ewentualny sprzeciw. Jednocześnie będzie mógł wskazać inny cel, na który mają być zbierane pieniądze. To samo będzie mógł zrobić, jeśli we wcześniejszym kroku organizator zbiórki - mimo nawoływań - nie wskaże innego celu zrzutki.

    Impulsem do zmian jest nagłośniona przez media zbiórka na Janusza Walusia - polskiego emigranta, który odsiaduje w RPA dożywocie za zabójstwo czarnoskórego przywódcy partii komunistycznej Chrisa Haniego. Pieniądze zbiera ultraprawicowe stowarzyszenie Duma i Nowoczesność. Ministerstwo twierdzi, że na gruncie obecnych przepisów nie mogło jej zablokować.

    Ale organizacje pozarządowe przekonują, że skutek tych zmian może być paraliżujący dla ich działalności. Najostrzejszy głos w tej sprawie właśnie zabrali przedstawiciele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ich zdaniem planowane przez MSWiA zmiany w prawie stanowią dla Finału WOŚP bezpośrednie zagrożenie.

    Na mocy przepisów prawa minister spraw wewnętrznych, a więc polityk, otrzyma uprawnienie do tego, by samodzielnie, pod pretekstem swobodnej oceny działalności i celów Fundacji, do Finału nie dopuścić. Ten sam polityk będzie miał możliwość "przejęcia” zebranych w Finale WOŚP środków, wskazując wybrany przez siebie bez żadnych konsultacji cel i tylko na ten wskazany cel WOŚP będzie miała możliwość wydatkowania "finałowych" pieniędzy. Decyzje ministra, a więc polityka, będą wykonywane przez polskie państwo i jego urzędowy aparat natychmiastowo. Bez skutecznej drogi odwoławczej, bez możliwości reakcji. Fundacja WOŚP będzie miała szansę na zaskarżenie decyzji w sądowym postępowaniu administracyjnym, ale to - jak wskazuje polska praktyka - może trwać latami. Wtedy jakiekolwiek sądowe wyroki mogą być już bezprzedmiotowe - wynika z oświadczenia, pod którym podpisała się WOŚP i jej lider Jurek Owsiak.

    W równie dosadny sposób przedstawiciele fundacji uzasadniają tak ostrą treść swojego oświadczenia. - Czy to przesada? Kiedy obserwujemy to, jak dziś wykorzystywane jest prawo do realizacji politycznych interesów, albo jak wypowiadają się na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy osoby tak w państwie ważne, jak chociażby sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, jesteśmy przerażeni. Wyobrażając sobie to jeszcze kilka miesięcy temu mówilibyśmy sobie - przesada. Tymczasem dziś jest to smutna rzeczywistość - przekonują przedstawiciele WOŚP.

    Politycy PiS nie rozumieją tak ostrego oświadczenia ze strony WOŚP. - Wcześniej domagano się zmian, a teraz się je kwestionuje. To mamy nic nie robić i czekać aż znów jakaś neofaszystowska czy komunistyczna organizacja zacznie zbierać na coś pieniądze? - dopytuje.

    Na wpis fundacji już zareagował wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker. - Proponowane przepisy nie mają na celu ograniczenia jakiejkolwiek działalności podmiotów, które przeprowadzają na co dzień zbiórki publiczne, w tym WOŚP - napisał na Twitterze wiceminister.

    Niedawno na łamach DGP Paweł Szefernaker zapewniał, że przedstawiciele ministerstwa spotkają się z zainteresowanymi organizacjami pozarządowymi, by przedyskutować projekt nowelizacji. Do spotkania ma dojść 6 marca.



    no i pięknie, zbierzemy na WOŚP a pójdzie do Torunia.................................................
  • 25.02.2018 - 22:57
    "W Auschwitz tylko polscy przewodnicy". Kurator oświaty chce "walczyć o prawdę" wśród Żydów

    "Dziś obca, a nie Polska narracja króluje w Auschwitz! Czas z tym skończyć!" - napisała na Twitterze małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. I zaproponowała zmiany.

    "Zawalczmy o Prawdę wśród młodych Żydów! Po pierwsze: po obozie Auschwitz powinni odprowadzać TYLKO POLSCY LICENCJONOWANI przez IPN Przewodnicy! Dziś obca, a nie Polska narracja króluje w Auschwitz! Czas z tym skończyć! [pisownia oryginalna - red.]" - napisała na Twitterze małopolska kurator oświaty Barbara Nowak.

    Jak dodała w kolejny wpisie, "przekaz, jaki wynoszą Żydzi po wyjściu z obozu, to informacja, że to Polacy są winni Holokaustowi".

    Na słowa Barbary Nowak zareagowali przedstawiciele Muzeum Auschwitz w Oświęcimiu. "Po Muzeum Auschwitz oprowadzać mogą licencjonowani i szkoleni przez Muzeum przewodnicy. W większości są to osoby mieszkające od pokoleń w najbliższej okolicy Miejsca Pamięci i związane z tak boleśnie doświadczonym przez historię drugiej wojny światowej regionem" - podkreślają pracownicy instytucji.

    Barbara Nowak stanowisko kuratora objęła w 2016 roku. Wcześniej była krakowską radną Prawa i Sprawiedliwości. Pracowała jako nauczycielka historii i dyrektor jednej ze szkół w Krakowie.

    "Aż strach pomyśleć, co miała na myśli"

    "Pani kurator (!!!), jak Pani proponuje sprawdzać "polskość" przewodników? I jak Pani zakaże mówić w Auschwitz o Shoah np. nauczycielom z Izraela, towarzyszącym swym uczniom?" - oburzał się na Twitterze historyk prof. Stanisław Żerko.

    "Małopolska kurator oświaty, Barbara Nowak uważa, że wśród osób oprowadzających po Muzeum Auschwitz powinni być tylko prawdziwi Polacy. Aż strach pomyśleć, co miała na myśli. Straszne, że tacy ludzie są odpowiedzialni za edukację w Polsce" - napisał lewicowy publicysta Piotr Szumlewicz.

    "Co Pani opowiada? Była Pani kiedykolwiek oprowadzana przez przewodnika po Muzeum Auschwitz? Może Pani zacytować, w jaki sposób przewodnik mówił o polskiej winie za Holocaust?" - skomentował dziennikarz Onet.pl Marcin Wyrwał.
  • 26.12.2017 - 21:40
    Polska szkoła: Kafka i „Gwiezdne wojny”. Tylko dzieci szkoda


    Polska szkoła zamienia się w sen wariata. Niech tylko jakiś dyrektor zasugeruje, że ze swoimi uczniami został jak ten palec, za przeproszeniem, w dupie, bez pomocy. Kontrole i upomnienia ma jak w banku. Innowacyjni reformatorzy rodzimej edukacji nakręcą natychmiast kolejną paranoję, która uderzy głównie w dzieci. Jak zwykle w te najsłabsze.

    Było tak: dyrektorka jednej z krakowskich podstawówek na łamach lokalnej „Gazety Wyborczej” publicznie zaalarmowała, że nie dostała wystarczających pieniędzy na pomoc pedagogiczno-psychologiczną dla swoich uczniów. Uczniów ma sporo, bo aż dziewięciuset, z tego aż dwustu potrzebuje dziś wsparcia. Co było potem? Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty, napuściła na dyrektorkę ekspresową kontrolę. Wyniki rewizji: upomnienie. Za co? Za brak odpowiedniej pomocy psychologiczno-pedagogicznej w szkole. Najpierw jednak pracownicy miłującej miesięcznice smoleńskie kurator ochoczo wytknęli dyrektorce błędy w dokumentacji. A po kontroli w swoich dokumentach napisali: „Szkoła organizuje pomoc psychologiczno-pedagogiczną w ograniczonym zakresie”. Pani dyrektor należy się więc klaps albo klęczenie na grochu. Może, nie może, kasy brak, musi pomoc realizować, bo przecież nakazują ją odpowiednie przepisy. Innymi słowy, Franz Kafka w praktyce. I tania zemsta za odwagę w głoszeniu prawdy przez pedagożkę kierującą szkołą.

    Prawda jest taka, że nie tylko w Krakowie, ale w całym kraju szkoły mają problemy z prowadzeniem zajęć wyrównawczych dla uczniów, którzy nie dają rady. Nie dają, i to masowo, bo dzięki reformie MEN uczą się w szkole od rana do godz. 17, po szkole siedzą z nosami w książkach, w zadaniach nawet do północy. W weekendy też. Najgorzej mają siódmoklasiści, przerabiają w rok materiał, na który wcześniej gimnazjaliści mieli trzy lata. Niewyspani, zestresowani, przeciążeni ciężkimi plecakami i wiedzą na kuriozalnie wysokim, bywa, że akademickim poziomie. Dwie lektury w tygodniu (jednocześnie Fredro i Mickiewicz), wymień wszystkie wzniesienia w Europie, odpowiedz, co powoduje białko w substancji międzykomórkowej kości? Nie wiesz? To bardzo brzydko z twojej strony, polski uczniu szkoły podstawowej.

    To nic, że pedagodzy i psycholodzy podnoszą larum, że cała ta deforma edukacji skończy się tym, że polskie dzieci czeka wielkie załamanie psychiczne. Już dziś poradnie pękają w szwach, w niektórych – terminy na styczeń. 2019 roku.

    Efekty? Rozmaite. Na przykład matka dziecka (akurat też z Krakowa) z dyslekcją podejrzewa syna o cukrzycę, bo chłopiec zaczyna zasypiać nad zadaniami. Nie, dziecko nie ma cukrzycy, jest po prostu śmiertelnie przemęczone. Niektóre dzieci z dysleksją tak mają, uczą się wolniej niż inne, nie są w stanie wygrać w wyścigu szczurów. A wyścig ostro przyspieszył.

    W tym wszystkim, jak się wydaje, MEN widzi głębszy sens. Nie od parady minister edukacji Anna Zalewska zamierza tak zmienić przepisy, by dzieci niepełnosprawne (czyli też takie po ciężkich załamaniach psychicznych) nie mogły od września przyszłego roku chodzić do polskiej szkoły, najprawdopodobniej będą miały prawo przychodzić najwyżej na akademie i apele. Dawne nauczanie indywidualne w klasie ma bowiem zmienić się w program edukacyjny, prowadzony w domu, nie w placówce. Więc może większy sens polega na tym właśnie, by zestresowane do granic, załamane dzieci bez fachowego wsparcia gremialnie zostawały w domach?
    – Byłam ostatnio na „Gwiezdnych wojnach”. Padło tam zdanie, które jest mi bliskie: „Nie zwyciężymy, zabijając wrogów, ale ratując tych, których kochamy”. Kocham dzieci i będę walczyć o to, co im się należy do końca, bez względu na to, jakie spotkają mnie szykany – powiedziała „Gazecie Wyborczej” Jolanta Gajęcka, dyrektorka krakowskiej podstawówki, ta, która za swoją odwagę dostała upomnienie od Kuratorium Oświaty. Kolejne szykany? Znając możliwości i zamiary MEN i jego podwładnych, kolejnych szykan pani dyrektor może być pewna.

    A dzieci? Kogo jeszcze obchodzą dzieci?
  • 23.12.2017 - 21:26
    Macierewicz rozbija dywizję, której bali się nawet Rosjanie
    Najsilniejsza polska jednostka bojowa rozbita przez Antoniego Macierewicza. Czołgi, zamiast ćwiczyć, niszczeją na prowincjonalnym poligonie w Wesołej, tylko dla tego, że Minister Obrony Narodowej ma nieprzystającą do rzeczywistości wizję obrony kraju.

    Kolejny batalion czołgów Leopard 2 zostanie przeniesiony z Żagania do niewielkiego garnizonu w Wesołej - obwieścił właśnie Antoni Macierewicz. To oznacza, że najsilniejsza jednostka lądowa Wojska Polskiego - 11 Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej, której moc dawały właśnie dwie brygady nowoczesnych czołgów Leopard zostaje bez połowy swych kłów. Bo minister zapowiedział też, że w przyszłym roku do Wesołej trafi kolejny batalion czołgów. W zamian do Lubuskiej Dywizji trafią stare postsowieckie maszyny T-72, o niewielkiej wartości bojowej. (Te maszyny stacjonowały do niedawna właśnie w Wesołej).
    Wizja Macierewicza

    Dlaczego Minister Obrony rozbraja najpotężniejszą formację wojska Polskiego? Macierewicz uważa, że zamiast stanowić odwód naczelnego dowództwa i w razie potrzeby przeprowadzić szybki i potężny kontratak na atakującego Polskę przeciwnika, nowoczesne maszyny powinny stać bliżej wschodniej granicy kraju i pilnować, by w razie ataku nieprzyjaciela nie oddać mu ani piędzi polskiej ziemi. – To na prowincji bije serce polskości – mówił niedawno w jednym z wystąpień. Według szefa MON przeniesienie czołgów „rozpoczyna realizację zmiany strategii obrony Polski. Polega ona na tym, żeby nie dopuścić do zajęcia terenu Polski przez przeciwnika. Nie bazuje na hipotetycznej możliwości kontrataku”. Brzmi rozsądnie? Zdaniem specjalistów rozsądne nie jest.

    I nie chodzi tylko o kwestie taktyczne, czyli rozbijanie 11 Dywizji, której żołnierze będą korzystali z dwóch rodzajów czołgów - Leopardów i T-72 i marnotrawienie pieniędzy już wydanych na szkolenie czołgistów. Do Wesołej nie przenosi się jednostka a jedynie czołgi, w których zasiądą stacjonujący tuż żołnierze i rozpoczną naukę korzystania z Leopardów, natomiast wyszkoleni na nich pancerniacy wrócą do T-72.

    Problem leży także w logistyce. Podwarszawska Wesoła to niewielki garnizon z maleńkim poligonem na którym mogą jednocześnie ćwiczyć cztery pojazdy. Dla porównania na leżącym przy granicyz Niemcami poligonie między Żaganiem a Świętoszewem (jednym z największych w Europie), gdzie stacjonowały dotąd Leopardy manewry mogą jednocześnie ćwiczyć dwie brygady czołgów, czyli około 110 maszyn.

    Co więcej, w Żaganiu, gdzie do niedawnp stacjonowały wszystkie polskie Leopardy Polacy razem z Niemcami stworzyli baza maszynową i infrastrukturę, pozwalająca na sprawne funkcjonowanie pojazdów. W Wesołej nie ma ani infrastruktury, ani miejsca na czołgi. W Efekcie stoją one pod gołym niebem i nie mają gdzie ćwiczyć.

    Chociaż resort Macierewicza zapowiada rozbudowane bazy i terenu do treningu, to nawet przy optymistycznym scenariuszu swobodnie będzie tam mogło jednocześnie ćwiczyć 14 czołgów na raz. To zaś uniemożliwia prowadzenie najważniejszych obronnych treningów, rozwijających pracę w większych zespołach.

    Eksperci przecierają oczy

    Decyzja Macierewicza nie podoba się wojskowym. Generał Skrzypczak, były dowódca 11. Dywizji Kawalerii Pancernej, a później Dowódca Wojsk Lądowych mówi jasno - to decyzja polityczna, nie wojskowa. Przyznaje też, że to niesamowicie kosztowna operacja,a dodatkowym kosztem decyzji Macierewicza jest też rozbicie do niedawna najsilniejszego odwodu polskiego wojska.

Tadeusz Pitala jako pierwszy wójt potwierdza udział w wyborach samorządowych 2018

  • 30.03.2018 - 23:40
    Ja pamiętam go jako bardzo dobrego wójta..... Fajnie, że startuje. Ciekawe czym się ten Kris111 zasłużył ????

Kocham PiS

  • 12.03.2018 - 23:01
    A do niedawna najlepszy minister MON w historii MONu ............

    Macierewicz stracił nie tylko stanowisko. Posłuch też?
    Mimo utraty stanowiska i apeli, by zamilkł, Antoni Macierewicz wciąż zabiera głos. Pojawia się jednak pytanie, czy to nie rzucanie grochem o ścianę. Nieoficjalnie wiadomo, że nikogo nie interesuje, co mówi były minister obrony narodowej. Nawet Jarosława Kaczyńskiego.

    "Informacje przekazywane przez Macierewicza nie mają już większego znaczenia" - podaje nieoficjalnie "Rzeczpospolita". Powołując się na informatorów, dziennik zwraca uwagę, że sam Jarosław Kaczyński "nisko ocenia wiarygodność byłego ministra i efekty jego pracy".

    Podobno już od kilku miesięcy prezes PiS obniża oczekiwania związane z raportem podkomisji smoleńskiej, na czele której stoi Macierewicz. - Nie mamy wpływu na to, co powie podkomisji - powiedziała w rozmowie z dziennikiem osoba z Ministerstwa Obrony Narodowej.

    Przypomnijmy, że w programie WP "Tłit" były prezydent Bronisław Komorowski odniósł się do zabierania głosu w sprawach państwowych przez Macierewicza. - Podjąłby jedyną słuszną decyzję, gdyby zamilkł w sprawie wojska i obronności - powiedział.

    Zapytaliśmy w PiS o pozycję Macierewicza. Do tej pory nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

    Prawda coraz bliżej?

    Szef podkomisji smoleńskiej zapowiadał, że w kwietniu przedstawi raport ws. katastrofy. Portal wPolityce.pl poinformował z kolei, że dokumentu nie będzie. Zamiast niego ma zostać pokazany film podsumowujący dotychczasowe ustalenia podkomisji. Sam Macierewicz zdementował te informacje. Zadeklarował, że raport będzie. Jest jednak jedno ale.

    Podkreślił, że niekoniecznie będzie "końcowy i ostateczny". Sprawę skomentował dr. Maciej Lasek, były przewodniczący Komisji Badania Wypadków Lotniczych. - To, że ogłoszenie raportu końcowego odsuwane jest w czasie, świadczy o tym, że podkomisja nie zrobiła nic - ocenił.

    Jego zdaniem odwlekanie podsumowania prac działa na szkodę śledztwa i wizerunku Polski. Co więcej, "powoduje, że Rosjanie szybko nie oddadzą wraku".

    Źródło: "Rzeczpospolita"
  • 25.02.2018 - 14:52
    Sami swoi, czyli jak żywi się rząd i jego poplecznicy

    Miał być koniec bizancjum. Jest rozpasanie. Na podwyżki, premie, samochody i dotacje dla zaprzyjaźnionych fundacji ludzie władzy wydają setki milionów. W końcu to tylko pieniądze podatników.

    – Na zewnątrz dbają o pozory. Błędy PO czegoś ich nauczyły. Nawet pan nie wie, jak bardzo dużą wagę przywiązują do tego, żeby nie mieć zegarka – opowiada jeden z urzędników pracujący w biurze PiS.

    Ale luksusy kuszą. Minister Beata Kempa osobiście poleciała do USA, żeby dobrać kolor tapicerki i dywaników w samolocie Gulfstream G550 dla VIP-ów (wybrała szare obicia, wykładzinę w kolorze cieplejszym).

    Samoloty dla VIP-ów należało kupić już dawno, przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo. Ale rząd PO-PSL bał się opinii publicznej, latał Boeingami wynajętymi od LOT-u. Nowa władza poszła na całość: oprócz dwóch mniejszych Gulfstreamów za 440 mln zł kupiła też trzy Boeingi 737-800. Te ostatnie bez przetargu – za 2,5 mld zł. Krajowa Izba Odwoławcza dopatrzyła się naruszenia ustawy o zamówieniach publicznych, ale ostatecznie machnęła ręką i zgodziła się na zakup. Nowe maszyny, kupione przed Bożym Narodzeniem, znacząco podwyższyły wartość polskiego importu w grudniu. Pieniądze dał MON, jedno z najbogatszych ministerstw. Nie udało mu się kupić śmigłowców dla żołnierzy, ale przynajmniej kupił samoloty dla władzy.

    Rzut oka na dochody odwołanej niedawno premier Beaty Szydło daje pojęcie, kto jest „dojną zmianą”. Jeszcze w 2016 r. zarabiała jako prezes Rady Ministrów 230 tys. zł, rok później – ok. 265 tys. zł. W 2017 r. Szydło przyznała sobie i wszystkim ministrom od 65 tys. zł do 82 tys. zł. nagród. Nagrody dostali także ci ministrowie, którzy w grudniu 2017 r. mieli stracić pracę. Prymusami byli: Mariusz Błaszczak, Mateusz Morawiecki i Anna Zalewska. Odwołany Antoni Macierewicz dostał aż 70 tys. zł. nagrody.

    W 2013 r. Solidarna Polska ministra Ziobry chciała zakazać nagród dla polityków-ministrów. Cztery lata później Ziobro przyjął 75 tys. zł nagrody, a jego wiceministrowie związani z partią – od 21 do 36 tys. zł. W sumie, w ciągu dwóch lat na premie i nagrody dla urzędników z rządowej centrali i jej agend podatnicy zapłacili ok. 200 mln zł.

    Od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych premii zgarnęli też prawie wszyscy wojewodowie i wicewojewodowie. Nawet Dariusz Drelich z Pomorza, który po sierpniowych nawałnicach nie zwołał sztabu kryzysowego i nie wystąpił o ogłoszenie stanu klęski żywiołowej. – Do zbierania gałęzi, zamiatania liści nie będziemy wzywać wojska – tłumaczył. Dzień po wichurze bawił na urodzinach arcybiskupa Głodzia. Mimo wpadki Drelich przyjął 15 tys. zł nagrody za ubiegły rok.

    Instytucje centralne, takie jak rząd, Sejm czy Senat, nigdy nie grzeszyły finansowym umiarkowaniem, no może z wyjątkiem pensji sekretarzy i podsekretarzy stanu (6-7 tys. zł na rękę), niewspółmiernie niskich w stosunku do odpowiedzialności. Urzędnik Kancelarii Prezydenta: – Jeden wiceministrów opowiadał mi, że dla niego kasa nie jest problemem, ale żona się wk..ła, gdy zobaczyła wypłatę.

    Ale wiceministrowie to wyjątek. Rząd PiS zapowiadał zresztą, że ograniczy ich liczbę. Tyle że gabinet Mateusza Morawieckiego pobił niedawno rekord: ma 100 sekretarzy i podsekretarzy stanu.

    Symbolem rozpasania poprzedniej władzy stały się słynne ośmiorniczki, zamówione w restauracji Sowa & Przyjaciele przez szefa NBP Marka Belkę i ministra Bartłomieja Sienkiewicza oraz kolacja ministrów Sikorskiego i Rostowskiego, za którą podatnicy musieli zapłacić 1352 zł.

    Ale dziś władza też nie zaciska pasa. Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk chce kupić swoim ludziom iPhony 8 po ok. 3,5 tys. zł. Z kolei resort finansów szuka dla urzędników luksusowych tabletów. Byłemu ministrowi środowiska Janowi Szyszko zarzucano, że wydał urzędnikom 116 kart płatniczych. W rzeczywistości aktywnych kart było 10, za to wydatki na nich sięgały 100 tys. zł (w tym po kilkaset złotych za tajemniczą „usługę saloniku”). Gdy z kolei wyszło na jaw, że urzędnicy podległego Szyszce Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej mogli liczyć na rabaty m.in. na zabiegi chirurgii plastycznej, minister zażądał wyjaśnień. NFOŚiGW informował, że informacje są nieprawdziwe, bo usługa „Chirurgia Jednego Dnia” to standardowa oferta w pakiecie.

    Politycy chętnie korzystają z usług transportowych bogatego MON. Donald Tusk latał co tydzień do Gdańska wynajmowanymi boeingami, ekipa PiS do niedawna wolała wojskowe CASY. Tylko przez pierwsze półtora roku pięciu czołowych ministrów rządu PiS ponad stukrotnie korzystało z lotów CASA-mi. Te kilkaset godzin lotów kosztowało grubo ponad 8 mln zł. Połowę kwoty wylatał Antoni Macierewicz. Sam Mateusz Morawiecki wojskowymi CASAmi latał z Warszawy do Wrocławia, a nawet do Hanoweru i Brukseli – w sumie jako wicepremier latał CASĄ 22 razy.

    Ale to nie koniec wydatków MON. Sama podkomisja smoleńska (pracuje w niej pięciu ludzi Macierewicza) kosztuje 12 mln zł. Na gadżety i promocję MON wyda w tym roku 4 mln zł, kupi m.in. kalendarze i długopisy, 500 plakietek okolicznościowych z wizerunkiem Józefa Piłsudskiego, 100 medali pamiątkowych, 400 ryngrafów z godłem Polski.
  • 19.02.2018 - 16:13
    Jakie premie przyznał w MON Macierewicz? „To coś w rodzaju ukrytej drugiej pensji”

    Po długim oczekiwaniu wpłynęła odpowiedź na interpelację posła Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Brejzy w sprawie nagród przyznanych urzędnikom przez Ministerstwo Obrony Narodowej w 2017 roku. Były szef resortu miał zapłacić współpracownikom ćwierć miliona złotych nagród.

    „Druga pensja”

    „Odpowiadając, z upoważnienia Ministra Obrony Narodowej, na interpelację posła Krzysztofa Brejzy w sprawie przyznanych przez MON nagród w 2017 roku uprzejmie informuję, że sekretarzom stanu zostały przyznane nagrody w łącznej wysokości 102 500 złotych brutto, natomiast podsekretarzom stanu w łącznej wysokości – 145 700 złotych brutto” – czytamy w odpowiedzi na interpelację. Dane o premiach przekazał sekretarz stanu w MON Wojciech Skurkiewicz. Oznacza to, że dawny szef resortu Antoni Macierewicz przekazał współpracownikom dokładnie 248 200 złotych na nagrody. Brejza uznał odpowiedź za niezadowalającą, ponieważ chciał znać konkretne kwoty jakie zapłacono każdemu z wiceministrów z osobna.

    – To godne potępienia, bowiem okazuje się, że poza normalnym wynagrodzeniem wiceministrowie dostawali coś w rodzaju ukrytej drugiej pensji. Ja jako minister żadnych nagród wiceministrom nie dawałem – stwierdził dawny szef MON Tomasz Siemoniak.

    Ile wydano na premie w ministerstwach?

    Absolutnym rekordzistą jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych. W MSZ sekretarze stanu otrzymali w 2017 roku po 51,4 tysięcy złotych premii, zaś podsekretarze około 30 tysięcy złotych każdy. W sumie resort przeznaczył na wynagrodzenia ponad 29 milionów złotych. Sporo na nagrody wydano także w resorcie rodziny, pracy i polityki społecznej gdzie wypłacono łącznie około 11 milionów złotych. Sekretarze stanu Krzysztof Michałkiewicz i Stanisław Szwed otrzymali po 54,5 tys. zł, co stanowi najwyższą premię wśród wszystkich wiceministrów. Podsekretarze otrzymali łącznie premie w wysokości 53,5 tysiąca złotych. W ubiegłym tygodniu ustalono, że łączna suma przeznaczona na rządowe wynagrodzenia w gabinecie Beaty Szydło wyniosła około 73,5 miliona złotych.

    No po prostu mają rozmach chłopaki, a głupie i ciemne społeczeństwo jeszcze się cieszy.......
  • 16.12.2017 - 20:47
    a_zaleski napisał/a:
    tak zupelnie szczerze - zyje wam sie teraz gorzej niz za czasow PO ? :)
    Dyrektorzy szpitali ostrzegają: Od nowego roku dłuższe kolejki

    Dyrektorzy opolskich szpitali, w których lekarze wypowiadają umowy opt-out ostrzegają: od nowego roku kolejki pacjentów wydłużą się, a placówki mogą mieć problem z realizacją umów z NFZ.

    Jak poinformował koordynator Porozumienia Rezydentów w województwie opolskim Konrad Rekucki, według Opolskiej Izby Lekarskiej wypowiedzenia umów umożliwiających pracę powyżej 48 godzin tygodniowo złożyli lekarze większości oddziałów szpitali w Nysie, Uniwersyteckiego Szpitala Klicznego w Opolu i lekarze chirurdzy oraz ortopedzi Szpitalu Wojewódzkim w Opolu. Pojawiły się także informacje o problemach z obsady dyżurów w nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej w kilku miastach regionu.

    "Klauzula opt-out pozwala lekarzom pracować ponad 48 godzin tygodniowo. Wprowadzono ją, by dać polskiemu rządowi po wejściu do Unii Europejskiej czas na zwiększenie liczby pracowników medycznych. Niestety, to prowizoryczne rozwiązanie stało się codziennością. To niebezpieczne, bo z powodu przemęczenia lekarz może popełnić błąd. Nikt nie chciałby być operowany przez chirurga, który jest na nogach od kilkudziesięciu godzin. Uważamy, że coraz większy niedobór lekarzy i pielęgniarek stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa pacjentów" - wyjaśnia lekarz rezydent Konrad Rekucki.

    Dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu Dariusz Madera zapowiedział, że z powodu braku lekarzy, którzy masowo wypowiedzieli umowy opt-out, przy ustalaniu grafików na nowy rok musiał skupić się na zapewnieniu tych działań, które są związane z ratowaniem życia i tzw. ostrymi przypadkami. Pacjenci muszą liczyć się z dłuższymi kolejkami do lekarzy specjalistów i odwołaniem terminów niektórych zabiegów planowych. Madera nie wyklucza, że istnieje ryzyko niewykonania umowy z NFZ, co w efekcie może spowodować automatyczne zmniejszenie ryczałtu z NFZ w kolejnych okresach rozliczeniowych.

    Podobne problemy ma szpital w Nysie. Jego dyrektor, Norbert Krajczy, podobnie jak jego odpowiednik w Opolu, widzi poważny problem w organizacji pracy niektórych oddziałów, w których zabraknie lekarzy.

    "Oczywiście, na pierwszy plan wysuwa się ochrona życia. Z braku odpowiedniej obsady lekarskiej na dalszy plan zejdą zabiegi planowe robione w ramach ryczałtu NFZ. Może okazać się, że w nadchodzących miesiącach obsłużymy mniej pacjentów i nie dlatego, że nagle nasze społeczeństwo ozdrowiało, ale dlatego, że nie będzie miał kto ich przyjąć" - powiedział Krajczy.

    Zdaniem szefa nyskiej placówki, podwyżki jakie otrzymali rezydenci, nie rozwiążą problemu.

    "Minister dał niektórym rezydentom ponad tysiąc złotych podwyżki. W efekcie mają pensję wyższą, niż specjaliści u których się uczą. Żeby było ciekawiej, rezydent nie może pracować samodzielnie, a minister swoją decyzją promujących uczniów przy jednoczesnym zignorowaniu nauczycieli, doprowadził do absurdu" - uważa Krajczy.


    Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/opolskie/news-dyrektorzy-szpitali-ostrzegaja-od-nowego-roku-dluzsze-kolejk,nId,2478839#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
  • 14.12.2017 - 21:00
    a_zaleski napisał/a:
    tak zupelnie szczerze - zyje wam sie teraz gorzej niz za czasow PO ? :)
    tak zupełnie szczerze - nie zauważyłeś
    - podwyżek żywności
    - podwyżek cen lekarstw
    - zapowiadanych podwyżek prądu i wody
    - kolesiostwa i chamstwa polityków gorszego niż za czasów orłów z PO
    - totalnego skoku na posadki
    - 74 baniek dla Rydzyka
    - łamania konstytucji
    - hipokryzji pisowców
    - podziału społeczeństwa na lepsze i gorsze nawet w rodzinach

Myślenice: Rodzina szuka Weroniki Muniak

  • 11.03.2018 - 20:51
    Jak to łatwo innych ocenić........ Myślisz, że rodzinie miło jest czytać takie durne wpisy. Skąd wiesz czy twoje dziecko kiedyś nie wywinie jakiego numeru??? W internecie to teraz wszyscy mądrzy.

Biegacze zablokują ruch na drogach

  • 11.03.2018 - 20:37
    Fajna impreza, coś się w końcu dzieje.....

KATOLICYZM W ZYCIU CODZIENNYM

  • 25.02.2018 - 22:56
    Ksiądz nie chciał upamiętnić Ireny Sendlerowej

    Do bardzo nieprzyjemnej sytuacji doszło w małopolskiej gminie Lanckorona. W położonej tam miejscowości Izdebnik, wybrano na patronkę lokalnego zespołu szkół Irenę Sendlerową - bohaterkę czasów wojny, która ratowała z Holokaustu żydowskie dzieci. Ale na to, jak opisuje "Gazeta Krakowska", nie zgodził się lokalny ksiądz.

    Sendlerowa, z zebranymi 137 głosami, wygrała z pięcioma innymi kandydatami. Prócz niej, na patrona szkoły zgłoszono jeszcze: Tadeusza Kościuszkę, Jana III Sobieskiego (obaj dostali po 38 głosów), Kornela Makuszyńskiego (47 głosów) oraz Legiony Polskie (10 głosów). Wygrała zmarła w 2008 r. Irena Sendlerowa, która w czasie II wojny światowej, przez sieć ludzi i organizacji, podjęła próbę uratowania od Holokaustu ok. 2,5 tysiąca żydowskich dzieci (nie wszystkie przeżyły wojnę) a sama, niemal cudem, uratowana została z gestapowskiego aresztu. Ale choć konkurs zakończył się, szkoła imienia Ireny Sendlerowej wciąż nie nosi. Dlaczego?

    Interweniował miejscowy ksiądz, Marian Piwko.

    "Dlaczego, my Polacy na patronów nie wybieramy kryształowych osobowości - polskich?" - zapytał w obszernym wpisie na Facebooku duchowny. Dodał, że Sendlerowa, "jako Żydówka była areligijna", "korzystała z przywilejów ludzi partii" i "dzisiaj zostałaby poddana dekomunizacji". Po tym, jak sprawę opisały lokalne media - ksiądz Piwko post usunął. Ale władze szkoły uznały, że wstrzymają się z nadaniem imienia Sendlerowej szkole. Na pytania dziennikarzy padła odpowiedź, że "póki co trwają ferie". Oburzył się za to naczelny rabin Polski, Michael Schudrich.

    - Rozsądny człowiek wie, że takie słowa może wypowiedzieć tylko zły człowiek, pełen gniewu. Brak na to słów. Zapomina on o nauce Jana Pawła II i słowach biblii - powiedział "Gazecie Krakowskiej". Dodał, że Sendlerowa całe swoje życie, także po wojnie, pomagała innym i tacy ludzie jak ona powinni zostawać patronami szkół.

Ludzie, dlaczego tyle pijecie.

  • 22.02.2018 - 17:20
    Pablo napisał/a:
    No i jaki z tego wniosek... Bo nie napisałeś...
    Ano taki, że mam dość tego że biskup, państwo, poseł i diabli wiedzą kto jeszcze będzie mi życie ustawiał i myślał za mnie co dla mnie lepsze....
  • 21.02.2018 - 23:09
    Episkopat chce ograniczyć Polakom dostęp do alkoholu

    Duchowni chcą nam zaglądać nie tylko do łóżka, ale też do barku. Episkopat jest „poważnie zaniepokojony” ilością alkoholu spożywanego przez Polaków i jego wpływem na nasze życie. Nie zamierzają się biernie temu przyglądać. Zespół Episkopatu ds. Apostolstwa Trzeźwości zaprezentował właśnie założenia Narodowego Programu Trzeźwości. Raczej nie spodobają się wiernym.

    „Wypracowanie trwałej i powszechnej moralnej sprawności w postaci trzeźwości przez wszystkich Polaków jest istotą Narodowego Programu Trzeźwości. Konkretnie oznacza to pełną abstynencję osób nieletnich i szczególnie wrażliwych na szkody alkoholowe” – czytamy w dokumencie, do którego dotarł „Super Express”.

    Jak Kościół chciałby to osiągnąć? W NPT zapisano, że jednym ze środków ma być „uzyskanie realnej abstynencji dzieci i młodzieży do 21. roku życia”. Oznaczałoby to podniesienie dolnej bariery wiekowej dostępności do alkoholu o trzy lata. 21 lat to wiek, w którym po alkohol po raz pierwszy legalnie mogą sięgnąć Amerykanie. W Europie żadne państwo nie ma tak restrykcyjnego prawa.

    Na tym kler nie zamierza jednak poprzestać. Żeby wyzwolić Polaków ze szponów alkoholu konieczne są daleko poważniejsze kroki, dotykające ogółu spożywających. „Niezbędne jest fizyczne i ekonomiczne ograniczenie nadmiernej dostępności napojów alkoholowych. (...) Państwo powinno komplementarnie i bardziej zdecydowanie korzystać z narzędzia, jakim jest regulacja rynku alkoholowego za pomocą cen i polityki fiskalnej” – przekonują biskupi.

    Chęć wyeliminowania przez Kościół alkoholu z życia wiernych nie powinna dziwić. Wszak już pod koniec lipca ubiegłego roku biskup Tadeusz Bronakowski, przewodniczący Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości mówił: – Trzeba całkowicie zakazać reklamy alkoholu oraz ograniczyć jego fizyczną i ekonomiczną dostępność, na przykład poprzez zakaz handlu alkoholem na stacjach paliw czy w sklepach nocnych.

    Jako wzór, do którego Polska powinna dążyć stawiał wówczas kraje skandynawskie, znane na całym świecie z reglamentacji napojów wyskokowych i horrendalnie wysokich cen trunków. Duchowni nie pomyśleli jednak o skutkach ubocznych takiej polityki tamtejszych rządów – „turystyce alkoholowej” do sąsiednich państw (m.in. Polski) czy gromadzeniu alkoholu przez długie tygodnie lub nawet miesiące, po którym następuje niepohamowana konsumpcja, która często kończy się tragicznie.

    Wydawałoby się, że proponowane przez biskupów ograniczenia są drakońskie i nie mają szans stać się obowiązującym prawem, jednak Kościół w swoich poglądach już jakiś czas temu znalazł poważnych sojuszników: Prawo i Sprawiedliwość oraz rząd. – Z alkoholem właśnie tak jest. Można obecnie kupić go wszędzie. Na dodatek jest tak tani jak nigdy, a to zachęta dla dzieci czy osób niezamożnych. Należy promować abstynencję, bo to jest odpowiedź na ten problem – przekonywał w maju ubiegłego roku podczas konferencji „Ku trzeźwości narodu” ówczesny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. – Starsi toną w morzu wódki, młodzi w morzu piwa. To skandal! – sekundował mu bp Bronakowski.

    Dwa miesiące wcześniej Sejm przyjął uchwałę w sprawie zwiększenia troski o trzeźwość Polaków. Jej pomysłodawczynią była przewodnicząca Zespołu Parlamentarnego ds. rozwiązywania problemów uzależnień posłanka Magdalena Zwiercan z koła Wolni i Solidarni. „Trzeźwość to sposób myślenia, który pozwala zachowywać i rozwijać swoją wolność. Być trzeźwym to znaczy być wolnym. Trzeźwość, wolność od alkoholu jest dobrem, które służy życiowej samorealizacji każdego człowieka” – czytamy w dokumencie. „W historii Polski troska o trzeźwość była związana z dążeniem do wolności, do odrodzenia Narodu, a także z obroną godności Polaków” – argumentowali w uchwale posłowie.

BASENY W MYŚLENICACH - kryty, odkryty - ceny, godziny otwarcia

  • 03.02.2018 - 13:57
    Czy Marcin to był ten z tatuażami ?? Jeśli to ten to faktycznie był jednym z najlepszych, moje dzieci też u niego pływały. Był jednym z nielicznych, którzy nie bali się wejść z dziećmi do wody. szkoda i tyle.....

Myślenice: W tym roku przebudują most na Rabie i ulicę Zdrojową

  • 01.02.2018 - 17:06
    Czyli rok wyborów =rok cudów ???

Biegi narciarskie: Sylwia Jaśkowiec pojedzie na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pyeongczang

  • 28.01.2018 - 18:51
    może i denny ..Ale jaki to ma związek z tematem ???
  • 27.01.2018 - 20:51
    Zawsze zastanawiam się za co te minusy ????
  • 26.01.2018 - 23:57
    Gratulacje dla niej !!!
    I pytanie co z Ulą Łetocha ??? Jak znam życie to pewnie nie pojedzie , (a wielka szkoda) bo pewnie wybrali jakieś inne stare baby z układami którym Ula dokładała w zawodach ile wlezie .........
    Coś mi się wydaje że nasi "działacze" zmarnowali kolejny talent jakim była Ula............

35-latek podciął sobie żyły. Uratowali go policjanci z Dobczyc

  • 13.01.2018 - 19:49
    Dobrze że zajmują się czymś pożytecznym, a nie muszą jeździć na obstawę miesięcznic........
    Szacunek dla nich ......

Ranking: Które kluby z powiatu mają najzdolniejszą młodzież?

  • 13.01.2018 - 18:04
    Szkoda tylko, że "działacze" ze związku narciarskiego dalej konsekwentnie blokują karierę Uli Łętochy . Szkoda tylko jej talentu i wysiłków Bogdana Łętochy.

Poseł Jarosław Szlachetka w Sejmie o działalności myślenickiego sądu [WIDEO]

  • 16.12.2017 - 16:20
    E tam....... WKibic pincet plus WSZYSTKO rekompensuje !!!!!
  • 13.12.2017 - 18:13
    no bo "sond sondem" a sprawiedliwość MUSI być po stronie posła...... więc "uprzejmie donoszę........."

13. 12. 2017r. Msza za Ojczyznę w kościele a KOD pali na rynku koksownik

  • 14.12.2017 - 15:45
    A jeżeli ktoś nie jest katolikiem to nie może być prawdziwym patriotą ????
Pokaż więcej komentarzy